Thomas Mann: Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny

Do tej lektury niezbędna jest krótka opowieść związana z uzasadnieniem dlaczego po nią sięgnęłam. Po pierwsze od jakiegoś czasu pojawiały mi się powiadomienia, że wydano ją w nowym tłumaczeniu. Po drugie w odległej przeszłości ogromne wrażenie na mnie zrobiła „Czarodziejska Góra”. Po trzecie w kinach pojawił się film Pawła Pawlikowskiego dotyczący autora, a ja na czytniku czytam jego biografię. Tyle znaków trudno było zlekceważyć, zwłaszcza że obiecałam sobie uzupełniać klasykę.

Początek jak widać był obiecujący, a wyszło jak zawsze. Okazało się, że audiobook na Legimi to wiekowe tłumaczenie Ewy Librowiczowej, ale nie sądzę że jedynie to spowodowało że flagowy tytuł Thomasa Manna dla mnie okazał się interesujący, ale daleko mi było do entuzjazmu związanego z pobytem Hansa Castorpa w okolicach Davos.

O książce napisano pewnie tysiące analiz literackich, a ponieważ absolutnie nie czuję się do tego upoważniona, napiszę co mnie najbardziej zaciekawiło w „Buddenbrookach”. Autor na przykładzie kilku pokoleń pokazał rozkład mieszczańskiej rodziny i mnie najbardziej zaintrygowała mentalność jej członków. Etos pracy przechodzący z ojca na syna, niemożność wyłamania się z rodzinnego przedsiębiorstwa, kupczenie córką, brak aprobaty dla twórczych zapędów czy fasadowe życie to tylko kilka cech charakterystycznych dla tej kupieckiej familii. Ja jestem z Wielkopolski i choćbym się nie wiem jak wypierała, część tego o czym czytałam u Manna obserwowałam, co tu dużo mówić w moim „pozaborowym” mieście.

Thomas Mann opisuje te mieszczańskie kręgi bardzo szczegółowo i tutaj też trudno mi było uciec od skojarzeń tradycji, rytuałów obecnych w moim świecie. Równocześnie ten stopień szczegółowości, tak rzadko obecny w współczesnej prozie, miał w sobie coś kuszącego, ale i męczącego. To saga, której już tytuł sugeruje jak potoczą się losy bohaterów, więc trudno uznać ją za powieść optymistyczną. Mann sportretował swoich bohaterów bardzo plastycznie, ale do żadnego z nich nie poczułam jednak większej sympatii.

Wiem, że te moje refleksje w niewielkim stopniu oddają to co można odczytać w tej jednej z najważniejszych powieści poprzedniego stulecia. Oczywiście żałuję, że nie miałam do dyspozycji nowego tłumaczenia (radzę to sprawdzić przed lekturą), ale i tak uważam, że warto było poznać Buddenbrooków.

Mann Thomas. Buddenbrookowie. Upadek pewnej rodziny. Aleksandria, 1992 (?)

Tłumaczenie: Ewa Librowiczowa

Lektor: Krzysztof Zatryb

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *