To nasza ostatnia klubowa lektura i opinie na jej temat były podzielone. Ja byłam w frakcji, „jest nienajgorzej, ale bywało już lepiej”. Trudno było się i w trakcie czytania i w trakcie dyskusji odciąć od innych literackich fryzjerów jak chociażby „kultowego” Zbyszka czy Wery Zyty Rudzkiej. Klubowicze odnajdowali jeszcze w tej prozie Grzesiuka czy Myśliwskiego.
To dość krótki tekst i gawęda o świecie, którego już nie ma. Myślę, że fantastyczna rzecz dla mieszkańców Warszawy, która została utrwalona w tych historyjkach. Grochów z całym jego kolorytem wspomina emerytowany fryzjer. Z jednej opowieści swobodnie przechodzi w kolejną. Przywołuje postaci, które przewinęły się przez jego życie i salon. Te dykteryjki rzeczywiście oddają klimat lokalnego zakładu fryzjerskiego.
Ja miałam ogromną radość z tego co Paweł Sołtys robił z słowami. Autor ma ogromny dar wyłapywania nieoczywistych związków między nimi, nagina je i ustawia w innym niż zazwyczaj „porządku”. To monolog, więc ma pewien rytm, ale łamią go właśnie ciekawe związki frazeologiczne i bardzo trafne porównania.
Ja lubię ten rodzaj nostalgii, który obecny jest w tej książce. To momentami jest sentymentalne, czasem wtórne, chwilami pewnie dalekie od prawdy, ale równocześnie bywa dowcipne, krzepiące i ciepłe. Autor relacjonuje, nie ocenia. Cenna umiejętność.
Grochów się trzyma na dziewczynach. Faceci tu za szybko umierają albo idą siedzieć, albo znikają bez słowa. Na żonie w średnim wieku, która nie pozwala ci się zapić, zaćpać, zagrać, zasmucić na śmierć, choć niekiedy może dla świata byłoby tak lepiej, która trzyma pion i już masz się o co oprzeć. I na babci, na kobiecie z wózkiem w kratę na gumowych kółkach, która cały świat zbiera w kupę, podnosi potłuczone życia i próbuje z nich skleić jakiś witraż, jakąś mozaikę, żeby to chociaż jako tako wyglądało, żeby tam za błękitnym szkiełkiem mignęła nadzieja, a nie tylko czarna facetowa śmierć w brudnych gaciach, witraż na czarno, którego nikt nie chce oglądać.
Proszę pana, ja już dawno postanowiłem, że moi zmarli żyją, tylko nie udaje się nam ostatnio spotkać. Chodzimy równoległymi ulicami.
Szesnaście lat chłopak to powinien w piłkę grać, uczyć się, dziewczynom kwiaty zrywać, a nie patrzeć na śmierć, na gówno, na to, jak miasto sześćset lat budowane w miesiąc zamienia się w rumowisko.
A tu mieszkali też obok siebie, taka polityka: robotnik, literat, drobny paser, nauczycielka, inżynier. Dziś się grodzą, więcej domofonów i płotów niż dzień dobry rano.
Sołtys Paweł. Monolok. Czarne, 2026
Seria: Poza serią