Wreszcie znalazłam „rozpoznanie” mojej antypatii do krótkiej formy. To spostrzeżenie Orwella z jego pracy w księgarni, które wyłuskał Wicha i przytoczył w jednym z felietonów, ukazujących się przez kilka lat na łamach „Magazynu Świątecznego”, weekendowego wydania „Gazety Wyborczej”. Brzmi to tak: „Przyzwyczajenie się w każdym opowiadaniu do nowych postaci kosztuje ich zbyt dużo wysiłku: lubią zagłębiać się w powieść, która począwszy od drugiego rozdziału, nie wymaga już zastanawiania się”. Nie wypieram się, chociaż jest jednak kilku autorów przy których chce mi się pozastanawiać i wśród nich jest właśnie Marcin Wicha.
To autor, który precyzyjnie używając słów opisuje rzeczywistość, nie nadużywa, jest lapidarny i trafia w punkt. Większość tekstów zgromadzonych w tej książce sprawiła, że oderwałam się na chwilę od codzienności, chociaż one tej zwyczajności dotyczyły. Felietony ukazywały się w latach 2015-2018 i to co nas otaczało w tym okresie jest w nich bardzo widoczne, ale równocześnie autorowi udało się stworzyć teksty ponadczasowe i uniwersalne. Najbardziej bliskie były mi te o książkach i szkole, ale i te dotyczące designu trafiły do mnie, bo przy okazji oswajałam nieznane. Gdyby ktoś kazał mi kilka wyróżnić to chyba byłyby to : „Kabel wolności”, „Smartfony nas uratują”, „Babcia. W poszukiwaniu utraconego samowara”. No, ale to tylko wtedy gdybym musiała, bo prawie wszystkie felietony są interesujące. To taka książka do wielokrotnego czytania i jak większość admiratorów twórczości Wichy zwyczajnie mi smutno, że więcej nie będzie. Ja wiem, że moja sympatia do autora ma też kontekst pozaliteracki. To człowiek z mojej „bańki” i to co poruszało jego, dotyka i mnie. Wyjątkowo pisząc o jego twórczości łatwo przyznać się do swojej niedoskonałości publicznie. Nietrudno mi też wyznać, że mam słabość do prozy Marcina Wichy.
Wicha Marcin. Proste rzeczy. Agora, 2026