Do kilku słów o tej książce przydatny będzie wstęp. Jestem z Wielkopolski i „nasi Niemcy” to dla mnie nie jest ani przypadkowa, ani kontrowersyjna zbitka słów. Od zawsze pamiętam, że poza ogólnopolską narracją o zbrodniach wojennych ( oczywiście zasadną), pojawiali się w opowieściach też Niemcy, którzy pomagali, którzy byli dobrymi sąsiadami, czy których w 1945 roku ukrywano przed wyzwolicielami ze Wschodu. Mieszkam w miejscowości, której społeczność lokalna uporządkowała cmentarz ewangelicki i próbuje dotrzeć do zapomnianych kart historii. Wśród artefaktów znajduje się między innymi kronika szkoły zapoczątkowana przez młodziutką entuzjastkę hitleryzmu i kontynuowana przez szczęśliwego z wysiedlenia steindorfowych Niemców kronikarza. Tu, podobnie jak w wielu innych miejscach, nic nie jest zero jedynkowe, ale podejrzewam, że refleksje w odcieniach szarości snuje dopiero moje pokolenie i młodsi. Maciej Falkowski bardzo rzetelnie nas do tego przygotował.
Jego książka powstała chyba między innymi z pobudek rodzinnych, gdy okazało się, że ma niemieckie korzenie. Jego osobista historia jest zwieńczeniem książki, a w research do niej zaangażowani byli jego najbliżsi. To mnie zresztą urzekło, bo informacje o wspólnych wyprawach z córką pozwoliła mi w domyśle uznać, że młodych można chociaż trochę zaangażować w odkrywanie przeszłości.
Tylko ja nie o tym chciałam napisać. Ten reportaż dla wielu może okazać się bardzo pomocny w rozsupływaniu historycznych zawiłości, ale ma też wymiar ponadczasowy, bo poruszany jest w nim temat migracji, ludzkich wyborów i ciążących na nich konsekwencjach. Maciej Falkowski pisze o niemieckich kolonistach i o tym co my dzisiaj robimy z tym dziedzictwem.
Realizuje to z pełnym zaangażowaniem poszukując w całej Polsce, ale również poza jej granicami, tropów Olędrów, Głuchoniemców, Bambrów. Co ciekawe adresy, w których ich odnajduje wcale nie są takie oczywiste. Często dotyczą terenów rdzennie polskich. W II Rzeczypospolitej żyło około miliona polskich obywateli narodowości niemieckiej. Autor z niezmierną dociekliwością sprawdza w jaki sposób się tutaj znaleźli i jak potoczyły się ich losy. Stawia tezę, że często ci, którzy byli katolikami wybierali polskość. Pisze też o tych, którzy na skutek polityki społecznej III Rzeszy trafili tu zasiedlając między innymi Kraj Warty. Pisze o tym jak kultywuje się pamięć o przodkach na przykładzie Bambrów, osiemnastowiecznych przybyszów z Frankonii czy mieszkańców miasteczka Wilamowice.
To tylko część wątków poruszanych w książce. Maciej Falkowski uporządkował wiedzę o germańskim osadnictwie, dla mnie trochę zafiksowanej w temacie otworzył kilka nowych furtek. Jego wędrówki spokojnie mogą się stać inspiracją do dalszego samodzielnego zgłębiania złożoności stosunków polsko niemieckich (osadniczych). Ja już mam za sobą rowerową próbę odszukania śladów Olędrów w okolicach Pyzdr. Z przewodnictwem autora „Naszych Niemców” powinno się powieść lepiej. O tym, że temat jest bardzo żywy świadczy fakt, że zgapiłam się i miejscówki na spotkanie autorskie rozeszły się błyskawicznie. Bardzo polecam.
Ale jest w całej tej pięknej historii pewne delikatne przekłamanie, pewna próba zaczarowania rzeczywistości. Bez niej magiczny świat dzielnych Olędrów, walczących z wodą, pracowitych, pomysłowych i skromnych, nie wydawałby się nam już być może tak czarujący i atrakcyjny. Osadnictwo zapoczątkowali holenderscy mennonici. To prawda. Wśród Olędrów byli przedstawiciele wielu narodów, także Polacy. To też prawda. Gdy osadnicy przybywali do Polski, ani dla nich, ani dla właścicieli ziemskich narodowość nie miała większego znaczenia. Liczył się stan, wyznanie i kwestie gospodarcze. I to się zgadza. Szkopuł w tym, że osiemdziesiąt lat temu, kiedy świat Olędrów się skończył, prawdziwie „olęderskie” czasy były już dla nich przeszłością, może nawet zamierzchłą. Uciekający przez Sowietami albo wypędzani
w 1945 roku ze swoich gospodarstw pod Płockiem, Toruniem, Poznaniem czy Gdańskiem, protestanccy gospodarze w zdecydowanej większości czuli się Niemcami i byli postrzegani jako Niemcy, a nie żadni Olędrzy.I wtedy duchy kolonistów ożywają. Sprawdza się przekonanie, zgodnie z którym cmentarze potrzebne są nie tyle umarłym, ile żywym. Ktoś najpierw ukradkiem, a potem jawnie, zaczyna odwiedzać groby, a nawet o nie dbać. Pojawiają się znicze i kwiatki. Okazuje się, że w Polsce wciąż żyją jacyś którzy tam spoczywają, ale potrzebowali impulsu, żeby wrócić do przeszłości i przypomnieć sobie o własnych przodkach.
Okazuje się, że nie tylko w przyrodzie nic nie ginie. W historii też. Muszą jednak znaleźć się ludzie, którzy złapią i pociągną za resztki postrzępionych nitek i na powrót je zwiążą.
Falkowski Maciej. Nasi Niemcy. Czarne, 2026
Seria: Sulina