Trochę nie mogę ochłonąć, szczególnie po finale tej opowieści. U mnie w kategorii: przeczytałam, żebyście Wy nie musieli. Ta książka ma tyle pozytywnych recenzji, że jedna mniej pochlebna jej pewnie nie zaszkodzi, więc lekko ją wypunktuję.
Był niezły potencjał, czytało się ją płynnie. Akcja toczyła się w kilku planach czasowych. Główne bohaterki to matka i córka. Retrospekcje dotyczyły powojennych mieszkańców wioski w okolicach Elbląga. To nie był łatwy moment, mamy wracających z obozu, wysiedlanych Niemców i zawirowania miłosne głównej bohaterki Marii. Te fragmenty były ciekawe ze względu na pokazanie zawiłości tego okresu. Autorka tak zapętliła jednak losy swoich bohaterów, że scenarzysta oper mydlanych miałby z czego korzystać przy wielu odcinkach. Reperkusje wojennych i powojennych wydarzeń oczywiście dotyczyły kolejnych pokoleń. Wątki z 1945 roku przeplatane są wspomnieniami z Berlina w 1985. Trafia tam Anna z mężem i pobyt w tym mieście okazuje się klamrą, która łączy różne sprawy w przyszłości. Przejście do czasów nam najbliższych to już totalny rollercoaster.
Nie będę zradzać fabuły, ale jest tam przemoc, uprzedzenia, międzypokoleniowa trauma i jeszcze kilka innych problemów. O ile jeszcze portrety psychologiczne starszych bohaterów są w miarę spójne, to opowieść o Piotrze, synu Anny jest zupełnie od czapy. To debiut i szczerze mówiąc chyba zabrakło przyjaznego redaktora, który trochę by pokierował autorką. Część bardzo pobieżnie potraktowanych tematów mogłaby znaleźć się w kolejnym tomie. Tak, jest kolejna część. Ja raczej nie sprawdzę, czy warsztat autorki ewoluował w stronę mniej, a sensowniej.
Jeszcze jedna uwaga, bohaterka w ciąży pije wino. FAS gwarantowany. Nie, żebym się czepiała.
Lange Ewa. Czarne orchidee. Książnica, 2025